niedziela, 17 kwietnia 2016

Iroha i Oliver

Oliver

Zielonowłosa jednak mnie nie usłyszała. Lepiej dla niej. Jak już byłem w centrum handlowym, postanowiłem zrobić małe zakupy na wycieczkę. W księgarni nie było niestety żadnego interesującego tytułu. Nieopodal zobaczyłem jednak antykwariat! Wróciłem uszczęśliwiony z kilkoma tomami poezji po francusku i angielsku. Och, tak. Kupiłem również trochę jedzenia i wróciłem się do pralni, po rzeczy z których korzystał Len. Powróciłem do swojego pokoju w akademiku i zacząłem się pakować. Poszło mi nawet sprawnie, musiałem jednak użyć starej, obrzydliwej walizki - tej samej, w której miałem rzeczy wprowadzając się. 
Rano przytargałem ją spokojnie na miejsce zbiórki. Rozejrzałem się. Było już kilka osób. Oby udało mi się zdobyć miejsce samemu.

~~~~~~~~~~~~

Iroha

Co. 
W mojej głowie był ogromny mętlik. Piko po prostu sobie... wyszedł. Jakby nigdy nic. Zostawił mnie. 
Świetnie. Super. Brawo, Iroha. Wyrzuciłam walizkę z szafy i rzuciłam nią o ścianę. Pierdolę to. Nigdzie, kurwa, nie jadę.
Skuliłam się na łóżku i zaczęłam płakać. 
Nie wiedziałam już, co się ze mną działo. Wspomnienia z tego, co było dalej, widziałam jak przez mgłę. Pewnie się ubrałam, czy coś. Potem był już ranek. Miałam godzinę do odjazdu. Na szybko wrzuciłam do walizki losowe rzeczy, z trudem ją domknęłam, prawdopodobnie gniotąc niewyprasowane rzeczy jeszcze bardziej i pognałam na miejsce. Byłam spóźniona, rozczochrana, nieumalowana, pod zaczerwienionymi od płaczu oczami miałam fioletowe cienie. Przycupnęłam koło walizki, starając się za nią ukryć. Schowałam twarz. Nie miałam ochoty nigdzie jechać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz